Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/393

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zwłaszcza końca długiego dobiegając lasu,
Skąd tam wrócić, gdzieś zbłądzieł, dziś nie będzie czasu.
Dobry krok, dobre i dwa, obróć się czym chyżej,
Żeć obłądzonej drogi na jutro ubliży.
Im dalej w las, więcej drew. Z razu pięty moczy,
Dosiągnieć uszu Wisła, skoro na prąd stoczy.
Wrodzona wszytkich ludzi ślepi niedołęga
W ten czas błąd widzieć, kiedy już, już końca sięga.
Jeszczeż znośniejsza w ziemskich obrotach stąd szkoda:
Często nić Aryadna z labiryntu poda;
Lecz na drodze zbawiennej kto raz chybi toru,
Niemasz tych nici, niemasz fortuny faworu.
Raz ją podał Syn Boży, więcej ich nie przędzie:
Kto się jej puści, przepadł na wieki w swym błędzie.
Dla tego, jeśli człeku z garści się wymyka,
Nie stać, szukać jej, z płaczem prosić przewodnika,
A zwłaszcza komu się dzień ku wieczoru schyleł,
Żeby tam znowu trafił, kędy drogę zmyleł.



Na toż drugi raz.


Widząc krzyż na rozdrożu postawiony z drewna,
Postaremu kto nie wie, droga mu nie pewna;
Na coby? Inszej znaleźć przyczyny nie mogę:
Westchnąć do Boga, żeby pokazał mu drogę.
Nie w ziemi, w sercu każdy niech krzyż Pański stawi,
Że w pielgrzymce światowej do nieba go sprawi,
Żeby się nie omylił: żeby w niej nie zbłądzieł
Na lewicę, kiedy Bóg będzie ziemię sądzieł.
Do wszytkich rzeczy ludzkich stosować to może:
Wszędy znajdziesz tak w prawo, jak w lewo rozdroże;