Strona:PL W klatce.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wlokła wyrazem zamyślenia. Długo nie odpowiadała; szły obie ręka w rękę pod szumiącemi jodłami.
— Więc mówisz pani — ozwała się wreszcie dziewczyna — że mam jakieś myśli, jakieś uczucia niezwyczajne w położeniu mojém cichém i ciemném? Prawda, siostry moje, dobre i kochane, nie miewają takich myśli i uczuć. Jak się to stało? zaczekaj pani... powiem zaraz.
Znowu milczała przez chwilę, a potém mówiła:
— Najprzód, zdaje mi się, że już sam Bóg rozmaicie różnych ludzi tworzy. Zdarzało mi się widziéć dzieci, chowane razem, a jednak jedno z nich bywało smutne, inne wesołe, jedno dobre, inne złe. Jam z dzieciństwa smutniejsza była od moich sióstr; mało cieszyłam się zabawkami, patrzyłam więcéj na niebo, niż na ziemię. Potém, pani, kiedy obraz jego zaczął ukazywać mi się w każdéj godzinie dnia i w każdym śnie nocy, po-raz piérwszy położyłam rękę na sercu i zdało mi się, iż czułam, jak pod dłonią moją serce to rosło, rozszerzało się, żeby ogarnąć sobą wszystko, co żyje wkoło. Potém, przy każdém widzeniu jego, pilnie słuchałam tego, co mówił, a on tak pięknie mówi! I z jego słów tworzyły się w mojéj głowie obrazy, nad któremi myślałam po odjeździe jego długo, długo!... brzmienie ich zostawało w moich uszach, i mimowoli zaczynałam mówić tak, jak on. Raz byłam u Grodzickiéj w N. I on tam przyszedł i przyniósł z sobą książkę, i zapytał mię, czym jéj nie czyta-