Strona:PL W klatce.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ła. Powiedziałam, że nie, bom do owego czasu nigdy nic nie czytywała. Poprosiłam go o tę książkę; dał mi ją i czytałam, i nauczyłam się jéj na pamięć. Były to poezye Mickiewicza. I wszystkie słowa, i wszystkie obrazy tych wierszy osiadły odtąd w mojém sercu, a gdym się nad niemi zastanawiała, myśl mi krążyła po głowie tak szybko, że musiałam co najprędzéj czém inném się zająć, bo czułam, iż długo takiego stanu wytrzymać-bym nie mogła. Tak uczucie do uczucia, myśl do myśli, składały się, jak ziarnko do ziarnka, i dlatego może pani mówi, że dziwnie jakoś myślę i czuję.
Klotylda nic nie odpowiedziała; była wzruszoną naiwną spowiedzią dziewczęcia. Dochodząc do ganku Dembowskich, miały się już pożegnać.
— Czy pan Dolewski będzie jutro u was? — spytała Klotylda.
— Przyjedzie jeszcze jutro, a potém aż za dni kilka.
Mówiąc to, Magdzia patrzyła na Klotyldę i wyraźnie coś powiedziéć chciała; ale wahała się przez nieśmiałość, aż w końcu objęła ją rękoma i, tuląc się do jéj piersi, szepnęła:
— Moja droga pani! mój aniołku śliczny! nie będziesz się gniewała na mnie za to, co powiem?
— Ja miała-bym się na ciebie gniewać za cokolwiek? Mów, mów wszystko, moje miluchne dziecię!
— Pan Lucyan... — szepnęło dziewczę — pan Lucyan... od tego dnia, w którym był u pani... zrobił się jakiś inny...