Strona:PL W klatce.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kny i szlachetny człowiek, miotany krwią płomienną i niespokojnym, szalonym duchem.
Raz z jednéj takiéj podróży, wrócił do Jodłowéj już nie sam jeden. Przyjechała z nim młoda i bardzo piękna kobieta, o białém jak śnieg licu, kruczych włosach i dużych, ciemnych, łagodnych oczach. Była to jego żona.
Zaklęty mocą piękności i anielskiéj dobroci młodéj dziewicy, na parę lat uspokoił się burzliwy duch kasztelanica. Latem, twarz Hanny, jak biała róża, zakwitła w mrocznych alejach ogrodu, gdy przechadzała się z mężem, z głową na jego ramieniu opartą; w zimie głos jéj srebrzysty rozlegał się łagodnie w portretowéj sali, gdy, przy świetle kominkowego ognia, czytała mu ulubione jego rycerskie epopeje a on w swéj dłoni pieścił wtedy i muskał jéj długie, czarne warkocze, któremi przez dziecięcą swawolą owijała mu, niby lśniącemi wężami, szyję, pierś i ramiona.
Ale po dwóch czy trzech latach, demon kasztelanica pognał go znowu z domowéj ustroni w świat gwaru i tłumów, a stare jodły widziały smukłą i bladą kobietę, samotnie przechadzającą się pod ich cieniem i z załamanemi rękoma stającą u stóp posągów, ze wzrokiem wpatrzonym w głębie wód, jakby w nich szczęście swoje stracone odnaleźć chciała.
Lecz nie wraca, nie wraca szczęście, gdy raz od