Strona:PL W klatce.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wał się, klaskał w dłonie na służbę i rozkazywał osiodłać czarnego sułtana, o białéj na łbie strzale, wsiadał na konia i o zmroku leciał przez pola, wichrami gnany, niby czarny duch niepokoju. I dopiéro, gdy nad głową jego zaszumiał las i zamigotały gwiazdy, zwalniał bieg konia.
Po takich fantastycznych wycieczkach wracał znowu do portretowéj sali i długo w noc służba słyszała jego równe kroki, ale nie widziała, jak, oświetlona gasnącym ogniem kominka, dumna postać jego zginała kolano przed rycerskiemi twarzami naddziadów.
Po kilku tygodniach takich rozmyślań i targań się niespokojnego ducha, zrywał się znów do lotu, opuszczał na długo Jodłową, i tylko echa z dalekich stron donosiły mieszkańcom jéj okolicy, jak gdzieś na świecie kasztelanic słynął ze swych szaleństw, z których jedne dotykały najwyższych szczytów bohaterstwa, inne podobne były do zbrodni. Jedne z tych szaleństw czyniły go sławnym Lovelasem stolic, inne jeszcze rycerskim Bayardem, broniącym niewinności i cnoty, albo rozrzutnym Epikurejczykiem, ścielącym różami posadzki swoich salonów i rzucającym złoto w żebrzące tłumy.
A wszystko razem stanowiło tło człowieka o namiętnościach gorących jak lawa wulkanu, o porywach szlachetnych, aż do poświęcenia i gwałtownych, ale nigdy nizkich lub brudnych. Rozważni ludzie, patrząc na niego i słysząc o nim, mawiali, iż był to pię-