Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wnątrz, z pewnością to był głos żywy; długo milczał i żuł radość stwierdzenia życia.
— Czy ja spałem?...
— Bardzo mocno.
Nie miał już wątpliwości: to ją słyszał; ten głos miękki, pieszczotliwy, dźwięczny rozlewał po nim radosne ciepło istnienia.
— Która godzina?
— Jedenasta.
— Spałem całą godzinę. Tak, teraz wiem, że jestem, wiem...
Rozjaśniła płomień, radosne światło zalało pokój, oślizgiwało się po ścianach, skrzyło w mosiężnych ozdobach łóżka, uwypuklało wszystkie kontury, wydobywało barwy z bukietu, stojącego przy łóżku, stwierdzało jego podejrzliwie badającym oczom rzeczywistość!
Gdy mu podawała lekarstwo, pochwycił jej ręce i całował z najwyższem uniesieniem szczęścia.
— Nie umarłem, siostro! żyję! żyję!
Wyrwała mu ręce i cofnęła się w głąb pokoju, żeby ukryć dziwny, pomieszany ze łzami radości, rumieniec.
On poczuł się dobrze, ból jakby się w nim wyczerpał i omdlał pod uderzeniem niezmiernego szczęścia istnienia, tlił się gdzieś w głębiach pamięci, czyhał... Z lubością nieopowiedzianą poruszył głową, wyciągnął nogi, a nawet przegarnął sobie włosy; mógł znowu poruszać sobą bez męki: to go wprawiało w stan takiej błogiej, bezmyślnej, dziecinnej radości, że za-