Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


gwizdał walca, a potem chciało mu się śpiewać, to mówić, sprzeczać się, choćby kłócić nawet.
Czemu ona milczy? czemu się nie odzywa do mnie? — myślał i patrzał na nią tak długo, przenikliwie, ostro, że chociaż nie patrzała, rumieniec znowu wypełzł z pod kornetu i pokrywał jej twarz.
— Wie siostra, czuję się doskonale, tak dobrze, że za parę dni się wypiszę od was.
Podniosła głowę na mgnienie, że tylko pochwycił, wykradł jej spojrzenie, pełne łzawego lęku i żałości ostrej.
A jego przejął gniew.
Beczy, a nie mówi. Czemu nie mówi z nim? czemu nie patrzy?
— Czemu siostra nie mówi ze mną? czemu siostra nie patrzy na mnie?
— Modlę się.
— Mnie bardziej potrzebną jest siostra, niż Bogu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Lepiej panu?
— O zupełnie dobrze, zupełnie, ale było strasznie, tak strasznie, że już myślałem...
— Bez woli Boga nic się nie stanie. Bóg nie chciał zabierać jeszcze pana, to Jego łaska święta, że pan nie umarł bez spowiedzi... Trzeba mu podziękować za to.
— W jaki sposób? — spytał niepewnym szeptem.
— Wyspowiadać się. Zobaczy pan, że choroba się prędzej przesili, wzmocni pan Łaską duszę i zwycięży chorobę.