Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nika serce, rozlewa się po nim miljardami ostrych, zimnych, przerażających błysków...
— Śmierć! Nie, nie! — krzyknął oszalały i zerwał się z łóżka.
Oprzytomniał, bo zniknęło wszystko; zakonnica ułożył go zpowrotem i podawała lekarstwo.
Ból przeszedł, a on leżał w największym bezwładzie, jakby na dnie niepamięci, i tylko przyczajonym wzrokiem błądził po ścianach, czepiał się rzeczywistości, jak topielec wychylał się z głębi i chwytał źdźbła nadziei z rozpaczą. Nie wierzył jeszcze, że żyje, nie wiedział gdzie jest, a może już tam... obłąkane grozą śmierci myśli kłębiły się w nim chaosem widm, kłębem postrzępionych obrazów, falą, która z łoskotem zawalała się i powstawała na nowo, zalewała go i pogrążała w coraz boleśniejszy lęk.
— Jestem? Jestem?... — powstawało w nim pytanie, a potem obraz szpitala i zakonnicy, i sprzętów, utrwalał się coraz silniej na fali powichrzonych myśli, pokrywał rozprężenie, tłumił chaos i trwał.
— Siostro!... — rzucił lękliwie, jakby w próżnię, pewien, że odpowie mu milczenie.
Stanęła przy nim.
Patrzał na nią, jak na majak własnej wyobraźni, jak na cień własnych pragnień i myśli.
— Ciemno, ciemno... — szepnął, rozglądając się trwożnie.
— Rozświetlę lampę!
Drgnął cały; usłyszał wyraźnie: to był głos z ze-