Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja zacznę śpiewać. Tylko tańczyć przyzwoicie.
— Dobrze, dobrze! jak cherubini.
— Jak sama Terpsychora przed arką przymierza!

— Kankana! — huczą instrumenta,
Panowie bierzcie się do dam.
Tra la la, la la la.
Swobodny gest, postać urznięta
A szał przewodnikiem nam!...
Tra la la la i t. d.

Gwar podniósł się nie do opisania, kankanowano zawzięcie. Nie zważano wcale na to, kto dostał szpicem buta i gdzie. Kapelusze, spadające z głów, podskakiwały po podłodze, podrzucane nogami. Dla swobody ruchów rozrywano sobie koszule i tańcowano.
Simonka w pończochach tylko, bo drugi pantofel zrzuciła, z włosami rozwiązanemi, czerwona, pijaniuteńka, tańczyła, jak w paroksyzmie. Nie zważała na opanowującą ją czkawkę, na zmęczenie, szał ją ogarniał — tańczyła, krzyczała raczej, niż śpiewała, najgłośniej. Wspaniała postać, wypukłe piersi, migotały tylko w niepewnem świetle brzasku. Cała ta bachanalja, pełna krzyków, śpiewów, czkawki, przytupywań, ciężkich sapań ze zmęczenia, grubych żartów, zmysłowości rozpasanej, osób nieprzytomnych, tańczących z zamkniętemi oczyma, kurzu, jaki się wznosił, gorąca z wyziewów ciał i oddechów — zaczynała być wstrętną.
— Dosyć! dosyć! e — e — wołała śmiertelnie zmęczona. — Dosyć! dobranoc, spać idźcie.