Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Świnia, precz! — szarpnęła nogą, że mu tylko pantofelek został w ręku.
— Panowie, uwaga! Jest picie. O!
I posłany wyładowywał z kieszeni kilka butelek.
— Otwierać i zaczynać! Francesco, szklanek!
— Zaczynać! zaczynać!
— Pierwsze zdrowie!
— Bohaterki naszego dramatu!
— I komedji!
— I farsy!
— I operetki!
— I osobnych gabinetów!
— Wiwat! Niech gra i pije, dopóki żyje!
I wychylili szklanki.
— Panowie, program...
Nalano drugą kolejkę.
— Naszej extra...
— Nie chcę, słaba! do towarzystwa.
I rzuciła szklankę w okno obok poprzedniej.
— Konjak, dawać konjak!
Podano świeżą szklankę i konjak.
— Władku, w twoje ręce!
— Jazda, na całego! Syp, piękna, ani pytaj!
— Wiwat!
Krzyczeli na całe gardło. Byli już prawie nieprzytomni.
— Panowie, program extrawagancji...
— Ręce przy sobie! Panowie, Władek mnie szczypie.
— Okrutnik! tutaj, prawda?