Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Panowie, panowie, nie gryźcie się, bo i tak was gryzą...
— No! więc idziecie na podwieczorek? — pytał Garrick.
— Dobrze, dobrze, kiedy prosisz, to i owszem, no, bo prosisz!...
Garrick w milczeniu, acz niechętnie, skinął głową potakująco.
— Jakże nisko teatr upadł! naciągać swoich! — mruczał Wstawka, oburzony naprawdę.
Wyszli z teatru.
Charakterystyczny szedł pierwszy z którąś z aktorek i, z zapałem smakosza, opowiadał, jak się robią dobre kotlety z cielęciny.
— Ten się minął z powołaniem, powinien być kucharzem.
— Protestuję w imię zdrowych żołądków!
— O oleum ricini! jakże byłobyś poszukiwane!
— Panowie i piękne panie!... nie gniewajcie się, białogłowy, że mówię „piękne panie“ — jest to niewinna figura retorica — otóż panowie! Tak, posłuchajcie — powiem przypowieść biblijną. Krowienty wrócić się, rozdziawić gęby, nadstawić słuchy, bo mądrość będzie płynęła z ust moich potokiem.
— Jak przez nie sznaps!
— Do rzeczy, do rzeczy! mówże Wstawka, bo niema czasu.
— Otóż: pewnego czasu... nie, — nie tak.
W on czas, rzekł Zeus do Nataniela proroka, idąc z nim de pache ulicami Koryntu: