Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Spojrzyj przed się! — i Nataniel spojrzał.
— I cóż widzisz?...
— Chłopię izraelskie, rozlepiające afisze na jutro.
— Patrz dalej. I cóż widzisz?
— Dwoje nieczystych stworzeń, w pyle leżących.
— O krótkowzroczny!
— Panie, noszę ósmy numer pince-nez.
— Kto zapisywał?
— Wolfisz.
— Parszywa owca w stadzie Izraela. Mówię ci, przejrzyj!
— Już widzę.
— Co?
— Człowieka wysmukłego, jak grusza Maćkowa, o twarzy koloru twojego nosa, o nieśmiertelny!
— Natanielu, zakazuję ci porównań! Mów, sam jest?
— Z niewiastą...
— Przystojna?
— Tak, panie, ale zwróć swoją uwagę gdzie indziej, bo ma zazdrosnego kochanka.
— Drwię sobie z tego w olimpijski sposób. Mów, słucham.
— Nachyleni do siebie szepcą.
— Co mówią?
— On opowiada, jak się, o panie, przyrządzają kotlety cielęce, a ona słucha z miną kwoki, gdy kur wydobywa przed nią tłustego robaka.
— Powiadasz, że mówią o kotletach?
— Tak, o nieśmiertelny!