Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pieniem ducha. Genjusz jasnemi skrzydłami poezji zwyciężył ich codzienność — i panował chwilę.
I Franek w trzecim akcie się zjawił. Usiadł w kącie przy proscenjum i patrzył. Był, jak zwykle, apatyczny, zimny; twarz miał bezmyślną, a oczy martwe. Tylko usta miał ułożone do jakiegoś wewnętrznego uśmiechu, pochylał nieznacznie głowę — można było przysiąc, że w takt wierszy, mówionych na scenie. Nawet Wstawka, wyuzdany cynik i szopkarz pierwszorzędny, nie mógł się oprzeć, aby nie powtarzać za mówiącymi kilku wierszy.
— Widzisz, kulfonie! — mówił zniżonym głosem do Franka. — To sztuka! — i odszedł powtarzać wszystkim to samo.
Po skończonej próbie „charakterystyczny“ zaproponował spacer przed popołudniową próbą.
— Zaprowadzę was w jedno cudownie odkryte miejsce, gdzie dają kotleciki — no, caca — z sałatką po 15 kop. porcja. Ale powiadam państwu, delicje! Czegoś tak smacznego...
— Twój dziadek w szabas nie jadał.
— Wstawka się już chlapnął i bredzi.
— E, gdzieżtam, — oponował z miną żałosną komik — ani nawet kieliszka jednego, marnego kieliszka — nic! Na chęciach nie zbywało, ale...
— Vae victis przez pustki...
— W mózgownicy! W marmurze ryć taką prawdę — w marmurze.
— Jak to zaraz znać, żeś czyścił koturny profesorowi łaciny.