Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To ci farsiarz! ha! ha!
— Pozwólcie panowie i nie gniewajcie się na mnie zato, co powiem, ale sztuka nie jest celem dla was, nie kochacie jej. Myśli wasze zajęte czem innem, serca zastygłe, nie odczuwają nawet, co to jest sztuka?
— A wiesz ty, młodzieńcze, co to jest codziennie obiad, całe buty, mieszkanie zapłacone, łach jakiś swój własny na grzbiet, kieliszek sznapsa, za własną dziesiątkę kupiony? Ty nie wiesz jeszcze, dopóki ci starczy zapasów, przywiezionych z domu, ale my o tem dawno zapomnieliśmy — o, dawno! Odejdź, a jeżeli zostaniesz pomiędzy nami, to za rok — pomówimy o tem, co to jest sztuka. Dixi.
— A swoją drogą dołóż do swego zapału nowe buty na zapas i schowaj, przydadzą ci się na powrót — zakończył Wstawka.
— Kiedyż ta próba?
— Gdzie się pani tak śpieszy? — on jeszcze z klasy nie wrócił.
— Zmarźlak! hej Zmarźlak! chodźże tu, stara małpo. Gdzie dyrektor?
— Zaraz idzie — kończy partję.
— A Dżalma?
— Spotkałem go, szedł z temi pannami z za mostu na spacer i powiedział, żeby go kto zastąpił, bo teraz nie ma czasu, przyjdzie na popołudniową.
— Samiec!...
— Nie, to przechodzi pojęcie!...
— Twoje, ma się rozumieć.