Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— ...jutro się gra, nikt roli nie umie, na próby nie przychodzą: będzie klapa! jak Boga kocham, jeneralna klapa.
— Nie kracz, wrono!
— Że sztuka pójdzie pod psem, za to ręczę.
— Ma się rozumieć, skoro ty w niej grasz.
— Żeby to spektakl był dobry! — bo jak wstawić pragnę kubełek piwonji, bryndza aż śmierdzi — ani cebuli, ani w co wkrajać.
— Jak pogody nie będzie, to i publiczność może nie dopisać...
— Nie bój się. Dopisze, ale tobie na grzbiecie, jak się będziesz sypał, jak wczoraj.
— To małpa Zmarźlak spił się, jak świnia, i nie poddawał...

„Jowiszu, przed twój tron idziemy wieńce pleść“.
„I tobie cześć — I tobie“
„Jowiszu i t. d.“

To dyrektor wchodził z piosenką na ustach.
— Jak się macie, robaczki! — zawołał do kobiet. — No, panowie, zaczynamy próbę.
— Czas jużby było — czekamy...
— Widzisz, Ofeljo, cudną karambolową partję graliśmy z sędzią. Znasz go, ten, co tak po uszy zakochany w tobie — i właśnie mówił mi...
— Wszystko mi jedno, co mówił. Nie potrzebuję gołych „fatygantów“.
— Przecież to faco pierzasty! — wtrącił ktoś zboku.