Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nazwany Garrickiem, młody aspirant do artystycznej nędzy, jeszcze niezbyt otrzaskany z postępowaniem wspólkolegów, a przeto pełen jeszcze młodzieńczego ognia, porwał się oburzony.
— Siedź pan, nie zważaj na mowy podobnych klownów. Trzeba czasem i zniewagę złożyć na ołtarzu sztuki — szeptała skonfundowana, ściskając rękę swego rycerza.
— Dobrze, pani, usłucham twego głosu — jest mi on rozkazem...
Podziękowała mu powłóczystem a głębokiem spojrzeniem podmalowanych oczu.
— ...ale nie rozumiem — mówił dalej — nie mogę pojąć, jak podobni w życiu ludzie mogą być przedstawicielami sztuki, apostołami piękna i szlachetności. Nie mogę się nawet domyślić, patrząc na nich, czy tam w tych piersiach płonie święty ogień sztuki. Nie rozumiem, jak można być pijakiem, szydercą, cynikiem a jednocześnie artystą. Nie rozumiem.
— O szewcze Apellesa! Wiele jeszcze nie rozumiesz — wiele, wiele musisz pozbyć się z tego, co czujesz. Wiele razy grać na głodno, wiele nocy pić na czyje conto, nim zostaniesz aktorem.
— Wolałbym wcale nie być na scenie, niż czuć i myśleć inaczej.
— To odejdź w pokoju, mój synu! — odejdź. Mama i tata zabiją i tłustego cielca na przyjęcie syna marnotrawnego.
— Panowie szydzicie, a przecież tu idzie o coś większego od nas — o sztukę.