Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ależ, na Boga! kiedyż się próba zacznie?
Franek wysunął się z teatru.
— Jeszcze niema wszystkich.
— Trzeba posłać, niech przychodzą. Mój Zmarźlaczku, idzźno po te krowienty, bo jak pragnę dobrego udziału, oddam rolę i róbcie sobie, co chcecie.
— Powinieneś to dawno zrobić, publiczność umiałaby to ocenić.
— Och! publiczność i tak jest wdzięczną dyrektorowi, że menażerji nie puszcza na scenę.
— Tak, całej nie — tylko niektóre okazy...
— Panie!...
— Cicho, osły! Kalacie karczemną zwadą święty przybytek sztuki. Kłócicie się, jak szewcy.
— Nie — ale jak tenorzy.
— Albo jak aktorki...
— Panowie! proszę sobie artystkami nie wycierać zębów.
— Tylko?
— Kańciarz!
Całe towarzystwo zgodnie wybuchnęło śmiechem.
— Więc pani w ten sposób rozumiesz? Tak myślisz?...
— Stój, Garricku! Pani! ten młodzieniec znieważa cię. Posądza bowiem, że rozumiesz i że myślisz. O niegodziwiec! o łotr!...
Powiedział to komik, Wstawką nazywany, przysadzisty, o rozlanej twarzy i brzuchu, a zalanym talencie jegomość, i oddalił się śpiesznie, rzucając złośliwo-triumfujące spojrzenie wokoło.