Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zjawił się jakiś cień blady, snuł się wskroś ciżb, wskroś dni majaczył i szeptał:
— Co z nienawiści poczęte — umrzeć musi.
— Co nie pragnie pójść drogami wieczności — w błocie skona.
— O miasto, bądź przeklęte!
Próżni mówił i milczeniu.
Cichy głos nie przedarł się do serc okutych w pychę, ale blady cień snuł się już bezustannie i stawał się zwolna jakby zarysem snów zapomnianych, jakby echem pomarłych, dawnych dni — na miejscach szubienic majaczył, z grobów się wynosił, na krzyżowych drogach dusz wypędzonych stawał i szeptał mocno — jak głos, co do sumień mówi z nieskończoności:
— Co na śmierci budowane — w śmierć wieczną runie.
— Co pychą i kłamstwem wyniesione — hańbą się stanie.
— O miasto, cmentarzysko dusz, bądź przeklęte!
Próżni jeszcze mówił i milczeniu.
Cichy głos nie zbudził dusz, przywartych do ziemni, ale blady cień snuł się bezustannie, widmem już był, cichą, straszną marą o trupiej twarzy i oczach patrzących wskroś rzeczy i ludzi.
Błąkał się samotny wśród tłumów, opitych potęgą i głuchych na krzyk duszy, błąkał się niepoznany, niepragniony przez nikogo i przez nikogo nieczekany, ale mówił coraz potężniejszym głosem!
— O miasto, wampirze świata!
„O miasto, złoty grobie człowieczeństwa!