Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„O miasto, stolico grzechów!
„O miasto, królu pychy, kłamstwa i zbrodni, córko szatana, kacie dusz, godzina twojej zagłady nadeszła, bądź przeklęte!“
Wołał tak gromowo, aż miasto usłyszało.
Ale śmiano się z tej niezrozumiałej mowy, wielu szydziło z jego bladości, wielu plwało na jego łachmany, wielu odwracało się z nienawiścią, bo jego dziwny głos budził w nich jakieś dawno wypędzone echa, wskrzeszał zabite, wrogie trupiemu spokojowi szczęścia, majaki, a wielu rozgniewanych, że śmie być innym, niźli wszyscy, że nie korzy się przed złotym bałwanem, ujęło go i, okrywszy w płaszcz wzgardy powszechnej, wiodło wśród naigrawań, urągowisk i krzyków.
— Patrzcie! Oto dusza nieśmiertelna!
I zbiczowawszy nienawiścią, oplwanego szyderstwem, wypędzono za złote bramy, wypędzono nieubłaganie i na zawsze.
Ale blady, straszny cień powrócił, błąkał się wciąż, był na każdem miejscu, zjawiał się wszędzie, jak nieodstępny cień duszy każdej, i szeptem sumienia mówił w każdem sercu i patrzył nieubłaganemi oczami wskroś wszystkiego — aż zrozumieli jego mowę cudzoziemską, aż tragicznie bolesnem stało się im to wejrzenie, że niepokój padł na miasto i strach zatargał trzewiami.
Wtedy padły niezwyciężone mury i śmierć weszła triumfalnie!
Runęła nagle duma zwycięzców, głupstwem się stały bogactwa, marnością potęga, niczem rozumy wyniosłe i złudą szczęście, bo w każdej duszy rozparła