Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zwycięskie miasto panowało, jego sztandary szumiały triumfalnie nad światem, jego wola była prawem dla mnogich ludów, jęczących lękliwie w złotych cieniach, jeszcze rosło w bogactwa, w potęgę, w pychę trwania po wiek wieków, ale już śmierć jęła stukać suchemi palcami do jego bram złotych.
Nie usłyszeli tych szmerów złowrogich, bo nabożeństwo plugawej szczęśliwości, święta msza używania odprawiała się bezustannie wśród hymnów zadowoleń, bo każdy był syty, każdy był cnotliwy, każdy był równy, każdy był mądry jednako i pyszny, i podobien drugiemu jednako — więc śmierć coraz silniej stukała suchemi palcami zagłady do złotych, niebosiężnych bram miasta.
Ale zwycięskie miasto było głuche na głosy nie złotem brzękające.
W ciszy, bez troski, ociężałe stado ludzkie gmerało się sennie w bytowania rozkoszach, trwało bez marzeń, bez trwóg, bez śnień, jak robactwo w kupie nawozu. W nieustannej ekstazie szczęścia brali złote komunje życia przed bałwanem, siedzącym na tronie z rubinów, jakby z krwi pomordowanych bohaterów, i trwali triumfujący, panowie wszystkiego złota, wszystkich mądrości władce, i wszystkiej pychy królowie — ale już miasto zaczęło zwolna, niepostrzeżenie konać.
Bo i rzeczy mają swoje straszne agonje i śmierci konieczne.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Aż pewnego dnia, jakich tysiące przesuwało się niemym, korowodem, pod złotemi portykami miasta