Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


cienie wszystka przeszłość umarła, że nawet imiona bóstw dawnych i mogiły bohaterów pomarły, a pamięć o nich stoczyła się w otchłanie wzgardliwego zapomnienia. Zwycięskie miasto całym ciężarem przemocy zwaliło się na pierś ziemi, niby płyta grobowa, że już pomilkły walki, nie zrywały się bunty, nie było szamotań, ni nawet marzeń nie było.
Katowski miecz wyrównał świat wszystek, wyplenił nieużyteczne, wyciął oporne, wbił w ziemię wyniosłe, a dusze dostojne, dusze o wzlotach w nieśmiertelność śniące, wygnał wzgardliwem szyderstwem biczowań.
Że już się stała na ziemi złota doskonała równia i głęboka cichość bezgranicznej sytości, trupi spokój szczęścia, z którego wyrastała niezwyciężona potęga miasta.
I wznosiło się, jak złoty cud, pyszne, święte, jedyne!
Sto złotych bram wiodło do niego, sto złotych baszt strzelało triumfalnie, sto złotych kopuł błyszczało w słońcu i sto złotych chorągwi szumiało w błękitach, a pod złotemi portykami, na ołtarzu z rubinów, jakby z krwi kiedyś przelanej, wśród kadzielnych dymów, siedział złoty bałwan, przed którym kornie chyliły czoła ociężałe sytością tłumy...
I wszystkie prace, i czucia wszystkie, i myśli wszystkie płynęły nieskończonym hymnem dziękczynień pod jego stopy święte, że pod wyniosłemi kopułami wszystek głos rzesz ludzkich rozbrzmiewał, jakby śpiewem złota przesypywanego nieustannie.