Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pijane mordem dnie toczyły się już z zawrotną szybkością.
Stary, obłąkany człowiek snuł się, jak cień trwożny, wskroś tłumów, wskroś zbrodni, wskroś szaleństw, a dokoła niego stawały się rzeczy niepojęte, waliły się bożyszcza, padały świątynie jeszcze niedokończone i wznosiły się nowe bogi, stawały nowe ołtarze, brzmiały nowe hasła, a co było jeszcze wczoraj wielkie — zabijano, co było święte — zabijano, co zdało się być nieśmiertelnem — zabijano.
Miecz równał wszystkich nieubłaganie i spadał nieustannie bez litości, ni miłosierdzia.
A stary, obłąkany człowiek snuł się jak cień wskroś chaosu oszalałej potęgi i nieubłaganemi oczami widział wszystkie grzechy, wszystkie zbrodnie i wszystkie szaleństwa miasta — ale już spostrzegał i jego rany śmiertelne, dotykał się tętnic poszarpanych, czuł zamieranie jego serca, przez które niepostrzeżenie wraz z krwią pomordowanych bohaterów uciekało życie, widział jego duszę, odchodzącą z płaczem żałosnym w nieskończoność.
I szeptał, jak przeznaczenie, bez miłosierdzia, ni litości:
— Umrzesz na wieki! Umrzesz!

III.

Stary, obłąkany człowiek przepadł gdzieś w zawieruchach czasu, jak cień przelatującego ptaka, i jak cień przepadły dnie walk, mordów i nieszczęść, jak