Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czownic, karabinowe trzaski i głuche, posępne bicie żelaznych cepów, jakby przy straszliwym omłocie ludzkiego nasienia; już codziennie wśród ulewy kul, sypiących się śmiertelnem ziarnem, wśród zawieruchy płaczów, wśród huków walących się domów, wśród syków pożog głęboki, wstrząsający bas dział huczał bezustannie, a bił wolno, śpiewał uroczyście, ciężko, żałobnie, jakby ostatniem podzwonnem dla rozpadającego się miasta.
A miasto jeszcze wciąż szamotało się w śmiertelnej gorączce.
Wszystko dawne marło, rozsypując się w struchlały pył, a nowe, poczynane wśród łez i męki, niewidne było jeszcze oczom śmiertelnym, dalekie sercom tęskniącym, nieznane nikomu.
Archanioł zagłady powiewał czarną płachtą śmierci nad światem i szedł w triumfalnym pochodzie, szedł wskroś ziem pomarłych, wskroś murów pomarłych, wskroś pomarłych tysięcy — jako ten żniwiarz nieśmiertelny.
Umierało wszystko, ale fabryki jeszcze żyły; tylko te potwory, oblegające miasto stadem głodnych bestyj czaiły się w złowrogiem milczeniu. Wznosiły się, jak ołtarze Molocha, cierpliwie oczekującego na zwycięzców. U ich stóp, w błocie krwi i łez wrzały walki śmiertelne, mrowiło się oszalałe plemię ludzkie, a one zdały się pławić z rozkoszą odrętwiałe cielska w jękach i krwi.
Umierano o panowanie nad niemi, a one czekały niewzruszenie na nowych niewolników i nowe, pokorne ofiary.