Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A siwy, obłąkany człowiek już codziennie widział z okien swojego kantoru długie gardziele ulic, rojące się rozszalałemi tłumami, czerwone płachty, jak krwawe pliki wznosiły się nad niemi, a śpiew bojowy huczał bezustannie zwycięskim hymnem.
Siwy, obłąkany człowiek już codziennie widział w ulicach nieubłagany bój rozpętanych żywiołów.
I widział, jak budziły się krzywdy odwieczne.
Jak wypełzały z nor krwawe zemsty.
I otwierały się rany niezagojone.
I płynęły strumienie gorzkich łez.
I skarżyły się ciche, nieutulone żale.
A wszystkie nędze człowiecze podniosły głos buntu.
Wszystkie szaleństwa zawyły.
Wszystkie zbrodnie wyszły na żer.
I widział, jak skłębione, oszalałe, niby potworne wężowiska runęły na siebie, zwarły się śmiertelnym uściskiem i przewalały z dzikim skowytem nienawiści wśród gromów, błyskawic i śmierci.
Świat zadygotał w posadach.
Dnie już ślepły od krwawych oparów, a ciepłe, letnie noce, zaropiałe mgłami łez jęczały konającemi głosami.
Siwy, obłąkany człowiek już codziennie widział konanie miasta; w lepkich od krwi kanałach ulic miotały się huragany; stawały się mordy, wrzały bitwy mordercze, wybuchały szaleństwa.
Już codziennie, jak monotonna litanja, biły do nieba jęki mordowanych, wściekłe wrzaski, gruchoty karta-