Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Całe dnie wpatrywał się w miasto i, jak zegar, automatycznie i bezmyślnie, podnosił co pewien czas zaciśniętą pięść i szeptał:
— Moja fabryka umarła, ale i ty zdechniesz!
A niekiedy brał służącego za rękę i, wskazując mu na miasto, mówił z głęboką radością — z uśmiechem szczęścia mówił:
— Patrz, ono już kona... i musi umrzeć... musi...
A miasto istotnie leżało, jakby w przedśmiertnej gorączce.
Najpierwej stanęły wszystkie fabryki.
Zdrętwiały wszystkie maszyny.
Pogasły elektryczne słońca.
Oślepły wszystkie ulice.
Nagły paraliż tknął ruch wszelaki, a grobowe milczenie zwaliło się na przerażone miasto.
A później zaczęły się rwać wszystkie wiązadła życia.
I wszystkich ludzi ogarnęło jakby szaleństwo.
Miasto przemówiło głosem huraganów.
Życie wzburzyło się do dna, rozwalało prawieczne pęta i, oszalałe własną potęgą, szamotało się wśród gromów, błyskawic i śmierci.
Burza się rozpętała nad światem, orkan się zerwał i w swój wir straszliwy porywał ludzi i rzeczy, kłębił się, miotał, miażdżył i zabite rozsiewał po ziemi wiecznie głodnej.
Zaczął się stawać na jawie przerażający sen apokalipsy.