Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kały za oknem, a szum gałęzi pieszczotliwie szemrał w ogrodzie.
Zaczęła bić piąta, głos zachrypły, jakby od nocnego chłodu, wołał z wieży zrdzawiałemi dźwiękami.
Uniósł się nieco w oczekiwaniu — zaraz, natychmiast powinny się były wydrzeć z ciszy pierzaste, krzykliwe świsty gwizdawek, wołające do pracy.
Ale fabryka milczała.
Już ostatnie uderzenie zegara rozsypało się w ciszy, a fabryka nie dawała znaku życia, nie przebudziła się jeszcze.
Zerwał się do telefonu. Nikt się nie odezwał na jego wołania.
Zadzwonił z całych sił, gorączkowo.
— Dowiedz się, czemu nie dają sygnałów. Już po piątej...
— Przecież... fabryka zamknięta... — jąkał służący.
Zwalił się na poduszki, przypomnienie uderzyło go jakby obuchem.
Pamiętał już teraz doskonale i rozważał szczegóły, zarazem nasłuchując i bezwiednie czekając na sygnały miasta.
Znał je wszystkie, rozróżniał świsty każdej fabryki, wiedział, która woła, znał turkoty każdego rodzaju wozów, znał odgłosy kroków robotników, pędzących do pracy, rozumiał każdy głos miasta, jak uderzenia własnego serca.
Ale i miasto milczało.
Wybiło wpół do szóstej, wybiła potem szósta i ani jeden świst nie rozdarł powietrza, ni jeden turkot