Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie rozległ się na ulicach, ni jeden ruch pracy nie zadrgał w powietrzu.
Puszyste, mgławe tumany przysłaniały całe miasto, gdzie niegdzie lśniły się w słońcu szyby i majaczyły kominy w błękitnawem powietrzu, niby las potężnych sosen o wierzchołkach zrąbanych, chwiał się pod wodą przejrzystą i rozdrganą.
— Wszystkie fabryki zamknięte! — meldował zalękniony służący.
— A teraz zaczną rżnąć i rabować! Rozumiem już wszystko, rozumiem! — wołał, gorączkowo biegając po pokoju.
Służący zaszlochał cicho, ukrywszy głowę w portjerze.
Siwy człowiek przystanął nagle przed oknem, chwycił się za głowę i z przerażeniem wtopił nieprzytomne oczy w puste, złowrogo milczące ulice, jakby w rozwarte gardziele potwora...
Nie słyszał nawet, że otaczał go gwarny, zgorączkowany tłum tych, którzy pozostali jeszcze przy nim. Co chwila ktoś nowy przybiegał z miasta, co chwila nowa, straszna wieść się roznosiła, co chwila podnosił się skłębiony huragan przerażonych głosów.
Wszyscy byli bezradni i przerażeni.
A siwy człowiek wciąż patrzył w puste ulice, jakby w paszczęki najeżone głodnemi kłami, jakby w przepaści, w które wszystko musi runąć za chwilę.
Wreszcie odwrócił się od okna, chciał coś powiedzieć, ale się zatoczył nagle, jak pijany, i ciężko, bezwładnie zwalił się na podłogę...