Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ale teraz cios przyszedł z nieoczekiwanej zgoła strony.
Ze strony, której nigdy nie brano w rachubę.
Te wielkie księgi mówiły: co ma i co winien; a również szeptały dyskretnie, co kosztuje władza, co kosztują surowe materjały, co kosztuje siła maszyn i rąk roboczych — i co przynosi, ale milczały o wartości człowieka.
Nie było w nich takiej rubryki.
I właśnie ta nieprzewidziana wartość dała znać o sobie. Zjawił się człowiek, połamał jarzmo i zażądał swego ludzkiego conta.
Te najnędzniejsze z jego narzędzi i najlichsze ośmielały się stawiać swoje warunki.
I to jemu?
Jemu, przed którego przemocną wolą wszystko padało na twarz!
Tak mu się to z początku wydało śmiesznem, że ani chciał słuchać.
Odpowiedzieli bezrobociem.
Wtedy się rozsrożył, rozkazał wszystkich wypłacić i fabrykę zamknąć na czas dłuższy. Znał swoją potęgę i był pewnym, iż nie wytrzymają tej walki nierównej, że rychło przyjdą błagać o cofnięcie srogiego rozkazu i wrócą do roboty jeszcze cichsi, jeszcze bardziej ulegli, jeszcze pokorniejsi.
Ale nikt się nie zjawił z prośbą, nikt się nie korzył i nie błagał o nędzny kęs chleba.
Nie mógł tego zrozumieć.