Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Te księgi śpiewały, że nie oparł mu się nikt, ni ludzie, ni rzeczy, ni żywioły.
Wszystko przemógł i zaprzągł do pracy dla siebie, bowiem wszystko wywiódł z nicości mocą woli swojej i trzymał żelazną dłonią władcy.
Pięćdziesiąt lat panował nieubłaganie.
Jak złowrogi pająk, zamknięty w tym królewskimi gabinecie, przez całe pół wieku zarzucał sieci na wszystkie strony świata i łowił bezustannie, miażdżąc w potężnych szczękach ludzi i rzeczy wszelkie, przeżuwał, wysysał złotą miazgę i sycił się nią powoli, potężniejąc coraz bardziej, że prawie co rok przybywały nowe pawilony fabryki, nowe oddziały, nowe ziemie, nowe składy i nowe rzesze ludzkie oddawały pokornie krew swoją, trud swój i żywoty swoje!
On był i fabryka wciąż rosła, wszystko się zmieniało dokoła, całe pokolenia kładły się do mogił, całe państwa powstawały lub się waliły, a on potężniał wciąż, olbrzymiał, że już mu się zdawało, jako tak być musi po wsze czasy.
Aż nagle!
Czy miałby już nadchodzić kres jego potęgi?
Miałby się lud zbuntować przeciwko jego władztwu?
Uśmiechnął się wątpiąco, ale zadumał się niespokojnie.
— I to przetrzymamy! — szepnął, ogarniając spojrzeniem fabrykę.
Przetrzymał już bowiem wojny, pożogi, katastrofy, bankructwa, kradzieże.
Wszystko to przetrzymał zwycięsko.