Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stanął teraz zboku okna, w cieniu portjery i przyglądał się w jakiejś cichej trwodze tym rzeszom, cisnącym się do kas.
— Głód was przypędzi! — szepnął, odwracając się z gniewem.
Siedział znowu cierpliwie, czekając końca wypłat.
— Powrócą! — zawołał nagle, bijąc nogą w podłogę, jakby tratując te głowy zuchwałe.
— Powrócą! — powtarzał, zapatrzony w ten dzień jasny, roztaczający się na świecie, ale nie wiedział, że już wiosna szła, że ciepło przenikało ziemię, że słońce oprzędza złotem i błękitem powietrzną falę, że ptaki, oszalałe z radości, ważą się z krzykiem wysoko nad jego głową, że wiosna już powiała nieśmiertelnem tchnieniem skróś wszystkiego, że już tam gdzieś zieleni się w polach, szumi młodemi pędami borów, skrzy się w ponikach srebrzystych, wywodzi z gniazd pisklęta, otwiera kwiatom promienne oczy, i śpiewa w każdem źdźble, w każdym głosie, w każdem drgnieniu powietrza, nowe, młode, potężne przenajświętsze życie...
Nie wiedział, że ta dziwna wiosna słodkiem marzeniem przepełniała dusze, że hymn dziękczynienia wyrywała z serc uciśnionych, i jasność niosła zawartym w ciemnicach, i wolność wracała spętanym, i szczęście smutnym, i jutro głosiła konającym, i sprawiedliwość wymierzała krzywdom, i dni nowego żywota zapowiadała.
Tak, wiosna szła, była tam, gdzieś na świecie szerokim.