Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Rzewne facecyjki, a potem kolacyjki! Zadeklamuj „Odę do młodości“ przed lufami, przemów nią do bagnetów! — drwił złośliwie.
Opadły skrzydła, czar prysnął, ohydna twarz rzeczywistości wżarła się w nas lodowatemi ślepiami, przyszło zniechęcenie, a potem bezwład, a potem przemądre, wystrojone w logikę tchórzostwo zaczęło każdemu szeptać swoje nieśmiertelne antyfony, a on, wsparty o stół, zaczął znowu mówić, ale ciężko, jakby każde słowo odrywał z cząstką serca:
— Nie czekajcie na nic, bo wszystko napróżno: Powstanie Kościuszkowskie! Protest szlachetnych szaleńców! Ekspiacja za zbrodnie i podłość ojców, szarże, stosy trupów, nadludzkie wysiłki — napróżno!
Trzydziesty rok! Idea na przedzie: „za naszą i waszą wolność“... wojska regularne! Genjalni dowódcy, armaty, męstwo niezachwiane, wszystkie szanse w ręku, pół ludności w ofierze — napróżno!
Czterdziesty ósmy rok! Kondotjerzy wolności dla całej Europy! Trybuni ludów. Walka za wszystkich! W Badenie, na barykadach Paryża, na Węgrzech, w Niemczech — wszędzie, gdzie były kajdany do zerwania, wszędzie, gdzie przemoc panowała — wszędzie lała się nasza krew i nasze trupy legły na fundamenty wolności, ale dla nas — napróżno!
Sześćdziesiąty trzeci! Osiemnaście miesięcy Termopilów! Krwawe poty śmiertelnej gorączki. Rozpaczliwy pojedynek z przeznaczeniem. Cuda poświęceń, hekatomby ofiar, morze cierpień! Dziesiątki tysięcy po-