Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nie mogliśmy się rozejść, bo nikt nie miał odwagi pozostać sam na sam z rozpaczą. Chronimy się więc gdzie indziej, w jakimś zacisznym pokoju. Restauracja posępnie pusta, garsoni drzemią po kątach, gaz syczy sennie i nuda wyje od pustych stołów.
Nikt nie mówi. Zmora legła na sercach i szarpie ostremi pazurami.
— A jeśli to prawda, to cóż? — budzi czyjś głos złowrogi.
Milczenie długie, lękliwie tajone myśli rozpierają czaszki, oczy gasną, każdy zstępuje w najtajniejszą głąb siebie, tam, gdzie leży przyczajony strach i syczą plugawe gadziny zwątpień, aż ktoś, kogo przywykliśmy uważać za samą „obojętność“ na wszystkie sprawy świata, porwał się namiętnym ruchem:

— „Hej! ramię do ramienia! Wspólnymi łańcuchy opaszmy Ziemskie kolisko!“

„Oda do młodości“ chlusnęła ognistą strugą. Nieśmiertelny krzyk wstrząsnął do głębi, zapalił krew i uniósł jak huragan.
— „Dalej z posad, bryło świata!“ — huczał głos, i piorunne słowa biły w struchlałe serca, przekuwały je na jedno pragnienie, na jedną moc walki i zwyciężenia. Łzy lśniły w oczach, krew grała, święty dreszcz wstrząsał i oszalałe uniesienie wołało:
— Z ludem! Do walki! Razem!
Sceptyczny, drwiący głos padł, jak strzał karabinowy: