Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie, kto miał zbyt wielki kapelusz, lub za długie włosy — podejrzany! Brać go! Tylko cylindry znajdowały łaskę, czyste rękawiczki były prawomyślne, a karety nietykalne.
Policja pracowała nad wszelką pochwałę...
Ale tłum nie uciekał, odpowiadał na przemoc milczącą, wyniosłą wzgardą.
Czułem, widziałem, jakie tam w sercach wzbierają moce, jaki war gniewu zalewa dusze.

Poniedziałek.

Nic jeszcze. Niema rozwiązania! Walka trwa.
Od zmagania się potężnego dwóch sił ziemia drży.
Bój wre bez pardonu, bez miłosierdzia, w ponurem milczeniu śmierci, nikt łaski nie żąda, czasem jeno zagrochocą salwy, zerwie się krzyk mordowanych, i znowu cisza zmagań, głuchy odgłos szamotań — polip oplątał rekina i dusi zwolna, dusi na śmierć wieczną.
Dzień suchy i jaśniejszy, na ulicach pustki.
W kawiarniach tłok, nastrój ponury, zastraszające wieści spadają lodowatym strumieniem.
— Rząd zmoże! Strajk już pęka, rozłazi się.
— Dusimy się własnemi rękoma — kraczą złowrogie głosy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Uciekłem, ale i w domu niepodobna usiedzieć: robota leci z rąk, każdy głos z ulicy przeraża, co