Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


stawał bezwiednie, cisnął się pod domy, rozglądał się z lękiem i nasłuchiwał — bo się zdawało, że z krańców miasta dochodzą głosy armat, że jakiś krzyk, jakby krzyk mordowanych, leci w mrokach, skarży się...
Nie, nie, jeszcze spokojnie, śmierć zadrzemała na chwilę...
Październikowy dzień konał w błocie i deszczu, bełkotały rynny, ulice dławiła zimna i wilgotna noc, tylko latarnie, jakby linja szyldwachów stróżowały, żółty brzask lśnił w opadających kroplach deszczu i pełzał po rozedrganej, nieskończonej fali parasolów, a całemi ulicami i wzdłuż trotuarów ciągnęły się rozkołysane lasy bagnetów, przysuwały się coraz bliżej i coraz groźniej, aż naraz, na jakiś znak, sto żelaznych sieci przegrodziło chodniki...
Co kilka kroków patrol ogarniał jakąś gromadkę, łowił przemykających się pod ścianami, wyciągał z bram, nastawiał więcierz na nadchodzących, zaciskał się kręgiem i jakieś specjalne ręce, z żarłocznością a niesłychaną wprawą, obmacywały kieszenie i dziwnie miłośnie błądziły po ludzkich kształtach, co chwila zrywały się przekleństwa, czasem śmiech urągliwy, czasem tylko pioruny spojrzeń, a niekiedy krzyk zduszony, szamotanie i głuchy, tępy odgłos bijących kolb. Żelazny płot obciskał złowionych i wywodził na środek ulicy.
Od hotelu Europejskiego do placu Aleksandra pięć razy musiałem pokazywać pasport. Puszczali mnie jakoś, ale kto nie miał legitymacji, lub kto ją nawet miał, ale nie podobał się z miny, kto szedł w pelery-