Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chwila ktoś wpada z najnowszą wiadomością, i co chwila jest się w niebie, i spada się również co chwila na samo dno rozpaczy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Lepiej na świecie, pomiędzy ludźmi, którzy wierzą i pragną.
— Czekać spokojnie, wytrwać! — mówi ulica.
Idę na włóczęgę, gdzie oczy poniosą.
Aleje Ujazdowskie martwe, nieco trupie, twarze zalęknione, ruchy niepewne, w oknach zasłony; Nowy Świat wzburzony — jakże?... handel przecież ustał; Krakowskie-Przedmieście zdeterminowane, trzeźwiejsze ale bez nadziei; Marszałkowska tłumna, oczy świecą pewnością, prawie gwar, jęczą tylko właściciele; święta własność nie cierpi awantur...
— Cały parter przerobiłem na sklepy, a teraz co? kto mi wynajmie? Deskami musiałem pozabijać... — skarżył mi się jeden.
Stare Miasto podobne do ula, kipi wrzawą i ruchem. W kościołach pełno zapłakanych twarzy. Dzielnica wzburzona, po bramach kłótnie, lud zdenerwowany nędzą i głodem.
— Na śmierć iść każą — pójdę, ale z głodu nie chcę zdychać!
— Jeść już niema, węgle po dwa ruble, wszystko w zastawie!
— A robić nie pozwalają: mojemu wczoraj porżnęli robotę!
— Mnie maszynę rozbili... — skarży się jakiś blady człowiek.