Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Orkan bitwy srożył się już na wybrzeżu, wywalał się z głębi miasta i toczył z rykiem ku mostowi, pod zamek.
Morze ognia rozlewało się nad miastem, tysiące ognistych słupów miotało się w ciemnościach, a dołem, w ulicach grzmiało tysiące huków i tysiące gardzieli wyło dziką pieśń zemsty.
Jak fale spiętrzone tłoczyły się z ulicy tłumy walczące, jak chmury czarne, zionące piorunami strzałów i krzyków. Płynęli ze wszystkich stron, wszystkiemi ulicami, ze wszystkich domów się darli, a ze wszystkich zaułków, dachów i okien lał się śmiertelny war kul.
Pogięte i splątane linie wojsk cofały się krok za krokiem, a co chwila zniżały się bagnety i biły w napierającą masę, co chwila nieludzki wrzask rozdzierał powietrze, tłum się powstrzymywał, kłębił i znowu uderzał z niepowstrzymaną siłą, parł się ślepą, zbitą masą, jak lawina, druzgocąca wszystko napotkane.
A z pod zamku świegotały już nieustannie granaty, wynosiły się jak race, zakreślały ognisty łuk nad wodami i padały w ciżbę, rozrywając się ze straszliwym trzaskiem, zabijały setkami, ale nie powstrzymały.
Tłum się nie cofał, zmiatał wszystkie przeszkody i z wściekłością uderzył na ostatnie szańce i most.
Walczyli już jak oślepli i nieprzytomni, ginęli bez jęku i trwogi, a odrzucani bagnetami, tratowani, miażdżeni, rozrywani szrapnelami, parli się wciąż naprzód ze straszliwym skowytem szaleńców, z nieubłaganością gniewu i zemsty.