Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A on nie łudził się już nadzieją zwycięstwa, kamienny spokój przejął mu duszę, że obojętnie, jak na widowisko, patrzył na bitwę coraz bliższą, na dziki szał, z jakim się mordowano na moście.
Lud wciąż uderzał jakby piersiami w nastawione bagnety, cofał się z pomrukiem i uderzał coraz potężniej, uderzał niezmożony, niepokonany, jakby zgoła nieśmiertelny.
A jego wierni obrońcy, jego czarne gwardje ginęły do ostatka, widział, jak co chwila tysiące mieczów, kos i drągów wznosiło się i niby cepy żelazne spadało na ich czarne, nieulękłe głowy, widział, jak zwarci w mur, ramię przy ramieniu, bronili się zaciekle i umierali, a tłum po nich płynął i tratował jak huragan...
Obojętnie patrzył na wszystko, tylko, gdy potężna pieśń i krzyk buchnęły z piersi tłumów, wyjrzał bezwiednie.
Na głównej baszcie zamku powiał sztandar buntu, a na ostatnich fortach wywieszono białe chorągwie, wojsko rzucało broń, bratało się z ludem i odwracało działa na zamek.
— Wszystko się wnet skończy... — myślał spokojnie.
Skończyła się walka, tylko gdzie niegdzie rozlegały się jeszcze wrzaski mordów i strzały, a lud już rzeką nieskończoną płynął przez most i rozlewał się na placu zamkowym, a nad nim huczała niebosiężna, upajającą pieśń zwycięstwa, królewska pieśń potęgi. Słuchał, nie odrywając oczów od ciżb, kłębiących się