Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zatargał niemi z całych sił, bił nogami, krzyczał i błagał.
Nie ustąpiły, nikt nie słyszał jego próśb.
Obłędny strach nim zamiotał, że po tysiąc razy targał drzwiami, po tysiąc razy przebiegał salę, bił pięściami w ściany, łomotał w bronz, krzyczał, prosił, groził nawet — napróżno, tylko echa jego własnych krzyków rozlegały się w ciemnościach.
Wracała świadomość i wtedy zdawało mu się, że śni straszny sen, z którego nie może się przebudzić.
To chodził zgięty wzdłuż ścian, obmacując gładkie mury, nic, nie było wyjścia, a pod wybitemi oknami leżała przepaść...
Jakiś podejrzany szmer zadrgał jakby pod baldachimem tronu; skrył się za jakąś portjerę i, z zapartym oddechem, oblany potem, czekał w męce, gdyż mu się zdawało, ze idą po niego, że już się napełnia sala... że skrzypią posadzki pod ciężkiemi krokami, że broń szczęka, i że ze wszystkich stron wyciągają się jakieś drapieżne, nieubłagane ręce...
Wyciągnął szpadę i bronił się oszalały, ciął ciemności, zabijał mroki, przeszywał próżnię z nadludzkim krzykiem gniewu.
Naraz jakby cyklon zatargał zamkiem.
Grzmot wrzasków i świateł runął w okna, czarne czeluście ulic sypnęły światłami, ulewa kul spadła na mury rzęsistym gradem.
Oprzytomniał.
— Do mnie gwardje! Do mnie! — krzyczał oknami, ale głos jego ginął, jak szelest liścia wśród burzy.