Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wynosiły się marmurowe, nagie ciała bogiń, które były jakby białą, nieśmiertelną melodją piękna w tym czarodziejskim ogrodzie barw, dźwięków, świateł i ludzi.
Ściszony szept rozmów szeleścił niby opad suchych czerwonych liści. Mieniły się barwy strojów, szeleściły jedwabie, rozbłyskiwały klejnoty, krążyły słowa, leciały spojrzenia jak nieme, letnie błyskawice, płonęły usta purpurowe, zrywały się westchnienia, ale wszystkie oczy czuwały nieustannie na każdy gest Pana, bo gdzie spojrzał, tam chyliły się pokornie głowy, rozbłyskiwały rumieńce i dusze zamierały w radosnem oczekiwaniu.
A on nieruchomą, stężałą źrenicą przeglądał wszystkie twarze, szukał pod maskami dworackich uśmiechów odbicia własnych udręczeń i trwóg, szukał huraganów tratujących świat cały.
Spokojni byli, ufali mocy jego i potędze.
Więc i on uspokajał się zwolna i zapominał, że znowu powracało mu uczucie swojej władzy i panowania, podnosił się z bagnistych przepaści strachów, prostował się jak ostry, niezłomny miecz, a zemsta jęła mu szeptać słodkie nadzieje... zwycięstwa...
I już łaskawie dawał ucho szeptom służalczym, radośnie słuchał kłamliwych hymnów miłości i z rozkoszą zanurzał się w brzęku słów pustych, głoszących jego wielkość i potęgę.
— Moi są i wierni! — myślał, przechodząc wolno z pokoju do pokoju — i jak słońce płynął, rozsypując na chylące się głowy łaski spojrzeń i uśmiechów, i jak słońce siał dokoła radość, światło i szczęście — że już