Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


te komnaty stawały się kościołem, w którym wielbiono go jak boga jedynego, były ołtarzem, gdzie oddawano mu cześć świętą i nieustającą, gdzie cały świat klękał przed nim w rozmodleniu...
I do jego stóp władczych płynęły hołdy wszystkiego człowieczeństwa, do tych stóp chyliły się w pokorze ludy żebrzące o łaskę życia... Tak było zawsze, tak było za jego praojców i tak będzie za jego następców i aż po wiek wieków.
Myślał teraz o tem, wodząc przymglonemi źrenicami po twarzach czarnych, żółtych i białych, jakie się snuły dokoła, po twarzach wszystkich ludów i ras podległych jego władzy.
— I aż po wiek wieków! — dumał słodko, siadając w cieniu palm.
Ciżba rozsypała się po komnatach, muzyka zamilkła, gwary przycichły, serca się pokurczyły w lęku oczekiwań, a on siedział samotny, jakby na tronie świata, wysoko ponad wszystkiem, w ciszy potęgi, że tylko błyski ludzkich spojrzeń mrowiły mu się u stóp, jak gwiezdne korowody, a ich głosy, ich jęki, ich krzyki błagalne snuły się niezrozumiałym i dalekim poszumem przelatujących meteorów...
„Tak było zawsze i tak będzie aż po wiek wieków“.
Śnił upajający sen o potędze.
Naraz przypomnienia zajrzały mu w oczy trupią i szydliwą twarzą, obudził się nagle, zdało mu się, że jakaś brutalna, zimna ręka ośmieliła się go dotknąć, gniew nim zatrząsł srogi a nieubłagany.