Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Kilkadziesiąt osób poruszało się w przyćmionem świetle, wśród kwiatów, złoceń i srebrnych zwierciadeł.
Królewski przepych napełniał tę czarowną oazę, kwiaty stały wszędzie, zapach fiołków przesycał powietrze, żaden brutalny odgłos nie dochodził ze świata, żaden gwar walki nie mącił kojącego nastroju, ludzie poruszali się jacyś szczęśni, próżni trosk i obaw, usta uśmiechały się łagodnie, ściszone głosy krążyły miodnym brzękiem pszczół, westchnienia kobiet, szelesty jedwabiów i lśnienia klejnotów były niby tchnienia kwiatów.
Muzyka zabrzmiała, jak daleki, czarowny poszum fal błękitnych. Okrył twarz skamieniałą maską majestatu i wszedł, uśmiechając się łaskawie.
— Bawcie się. Nie przerywajcie! — mówił dobrotliwie, siadając na uboczu. „Ona“ zajrzała mu w oczy pytająco.
— Wszystko idzie najlepiej. Wszystko! — odpowiadał głośno, uśmiechając się do dworu, który go otaczał skwapliwie, do dam wspaniałych, do panien czarujących, do młodzieńców świetnych i do panów pełnych dostojności...
Muzyka spływała tumanem brzmień złocistych i przejmujących dreszczem rozkoszy, upajała haszyszowym czarem; słodkie głosy rozpylały się, niby deszcz kwiatów, mgłą wonną zadumy i tęsknoty; syciły duszę marzeniem sennem, kołysząc ją aż do zapomnienia o sobie. Światła, bijące niewiadomo skąd, światła, pełne upajającej woni, zatapiały komnaty w srebrzystym, migotliwymi pyle, a na tle złotych ścian i kwiatów,