Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wyszedł na balkon, z którego zawsze pokazywał się wojskom.
Dojrzano go w krwawych brzaskach ogniska, kilkaset szabel wybłysnęło wgórę i kilkaset gardzieli zakrzyczało.
— Moi są! Pewni a wierni! Zginą za mnie! Ale czy zwyciężą?
Myślał, cofając się nagle w cień, gdyż mu się wydało, iż jakaś strzelba schylała się jakby do strzału.
I znowu błąkał się jak widmo w nieprzebytych murach zamku, niepokój go pędził z miejsca na miejsce, że ginął na chwilę w jakichś korytarzach, wlókł się przez jakieś sale zimne i puste, przechodził jakieś skrytki tajemne, aż wyszedł na najwyższe terasy, wiszące nad morzem, i zapatrzony w nieprzeniknione mroki topieli rozhukanej, nasłuchiwał groźnych bełkotów i jak ptak oślepły tłukł się w pustkach bezmiernego lęku i trwogi.
Ale i tam pochwyciły go gorzkie i straszne myśli, i tam spadły z niego złociste łachmany majestatu, i tam wił się w człowieczej męce, i tam dzikie żale dusiły go za gardło i rozdzierały żelaznemi pazurami serce nieulękłe
I znowu uciekał dalej, gnany furjami niepokojów.
Aż znalazł się prawie bezwiednie w apartamentach swej żony, lecz nim wszedł, długo i podejrzliwie patrzył przez szklane drzwi, poza któremi widział szereg komnat sklepionych — lśniły niby cudowne, złote muszle wysadzane drogiemi kamieniami.