Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dywany tłumiły odgłosy kroków, że szedł jakby w cichości grobów. A niekiedy przystawał, rozglądając się lękliwym i drapieżnym wzrokiem. Był sam jeden, tylko olbrzymie zwierciadła powtarzały jego postać wyniosłą, siwą, pochyloną głowę i ciężkie ruchy...
Odwracał się niechętnie od własnego obrazu i szedł coraz prędzej, a przez puste komnaty leciały za nim echa jego westchnień, nieme krzyki spojrzeń i cicha rozpacz, dygocąca w kamiennem sercu.
Szedł aż do wewnętrznych dziedzińców, otoczonych potężnemi murami, przechodził galerjami z kryształów, przez gaje palmowe, przez długie tunele oranżerji, gdzie kwiaty dyszały upajającemi woniami, gdzie szemrały srebrne wodotryski, a roje ptaków, niby pęki drogocennych kamieni, śpiewały w zielonych gąszczach. Była to niby czarodziejska puszcza z tysiąca i jednej nocy, święty gaj, poświęcony bóstwom rozkoszy i milczenia, gdzie utrudzone gwarem życia dusze mogły upijać się czarem szmerów tajemniczych, lśnień, barw, zapachów i ptasich, nieodgadnionych świegotań...
Ale on przechodził jakby pustym ugorem i obojętnie deptał kwietniki, bo tam wdole, za kryształowemi szybami, leżały dziedzińce zapchane jego niewolnikami, buchały ogniska biwaków, połyskiwały bronie, dymiły kotły, a gwar ściszony kłębił się trwożnie wśród murów gigantycznych.
Z czułością przeglądał długie kolumny bojowe, stojące nieruchomo; były już gotowe, sprężone do skoku, jak sfory, czekały tylko skinienia, aby się rzucić na wroga i śmierć roznosić...