Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wszystko w rękach losu. Rada czeka na ciebie, panie.
— Niech czeka na topór, jak i ja czekam! Niewolnicy!
— Chciałeś ich takimi mieć, panie!
— Kto niegodzien człowieczeństwa, obroży godzien i kija!
— Niebezpieczeństwo bliskie, trzeba powziąć jakąś decyzję stanowczą...
— Niechaj przyjdzie! Czekam na nie... Odejdź... — zawołał wyniośle, przeszywając go dzikiem spojrzeniem.
— Czekam na ciebie, tłuszczo! Zabijesz, jeśli mnie zmożesz, lecz jeśli ja zwyciężę, rozgniotę cię jak robactwo, zakuję cię w takie łańcuchy, że się już nigdy nie zerwiesz! Hordy plugawe! — szeptał, grożąc tam w noc, gdzie łuny jęły wykwitać, niby dalekie zorze świtań. Poszedł w głąb zamku.
Drzwi otwierały się przed nim bez szelestu, służba zginała pokorne karki, straże prezentowały broń, oficerowie z gołemi szpadami występowali naprzód i trwożne, niewolnicze oczy padały mu do stóp i czołgały się za nim.
Patrzył na wszystkich, nie spostrzegając nikogo, wlókł się jak cień uwiędły w spiekocie i, jak cień, kładł dokoła smutek posępny i strach, ale skinął bezwiednie ręką i zniknęli, jakby się w ziemię zapadali, a on poszedł nieskończoną amfiladą komnat, jakby pustynią zalaną światłem i zasypaną przepychem całego świata, wskroś bogactw wszystkich ludów złupionych.