Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dzień już gasnął, niby oczy konające, i sypał popielną, martwą ciszą. Miarowe kroki straży rozlegały się w korytarzach, a pod zamkiem, wśród mroków, pokrytych nagiemi drzewami, mrowiły się gęste biwaki wojsk i czerniały rzędy armat, przyczajonych niby bydlęta z wyciągniętemi gardzielami, deszcz padał i sączył się po murach nieustannie, jak płacz nieutulony, a niekiedy krzyk morza, szturmy fal i szum wichru, przedzierały się jękiem do komnaty i rozpływały w trwożnej ciszy, że tylko głosy godzin podnosiły się niekiedy i huczały żałobnie.
A on znowu siedział na dawnem miejscu, zapatrzony w ślepą falę, i nasłuchiwał ciężkiego losu, i czekał coraz niecierpliwiej. Naraz zadzwonił gwałtownie.
Wsunął się trwożnie przyboczny oficer.
— Jeszcze nic, żadnych wiadomości — odpowiadał jego oczom.
Zaśmiał się szyderczo.
— A miasto już się cieszy... Sam słyszałem.
— To kłamstwo ich przywódców. To...
— Chcę wiedzieć prawdę... Czekam na nią!
— Wszystkie komunikacje przerwane i niema sposobu...
— Chcę mieć wiadomości! — zagrzmiał groźnie.
Oficer zniknął, a po nim wszedł cicho czarny, nikły człowiek ze złotym krzyżem na piersiach.
— I ty nie wiesz, co się tam dzieje?
— Nie wiem, modlę się tylko o zwycięstwo dobrej sprawy — szeptał, nie patrząc mu w oczy.
— Dobrej sprawy! I boisz się, że przegramy...