Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zupełnie nie mam ochoty gruntować Sekwany, zupełnie! — Dał mu papierosa, zamienił jeszcze parę słów i poszedł do kawiarni.
Rożek czekał na niego już mocno zaniepokojony.
— Spotkałem się niespodzianie ze znajomymi — tłumaczył się przed Rożkiem i znowu wybuchnął śmiechem.
— Więc gdzie pan chce i czego pan chce dzisiaj? — zapytał Rożek.
— Bawić się, choćby nawet szaleć, a gdzie, to mi zupełnie obojętne.
— Skoro są dutki, to niema oczywiście żadnych przeszkód.
Zjedli pośpiesznie obiad i pojechali na Paryż.
Rożek istotnie znał nocne życie miasta i prawie wszystkie jego ogniska, więc woził go po najsławniejszych norach, specjalnie urządzonych dla cudzoziemców, żądnych prawdziwie paryskich uciech, sam przytem bawił się nadzwyczajnie i pił za dziesięciu, natomiast Józio stawał się coraz chmurniejszy i, patrząc na wszystko z nieukrywaną wzgardą, rzucał od czasu do czasu:
— Tylko tyle! To niewiele, niewiele!
Rożek wiózł go dalej, ale już był mocno niezadowolony.
— Jeszcze panu mało? Czegóż pan chce u djabła? Może bajki z tysiąca i jednej nocy, kinematograficznych cudów, czy co?
— Nie, szukam tylko prawdziwego Paryża!…