Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kobiety jak smoki, napitki wzniosłe, zabawa szampańska i panu jeszcze nie wystarcza? Toć przecież Paryż, prawdziwy Paryż!
— To tylko głupie, bezecne i nudne, ale jedźmy dalej, jedźmy, może gdzie znajdziemy jakąś baśń czarodziejską!
I jeździli wytrwale, lecz wszędzie było jedno i to samo: wrzask, pijane tłumy, wyuzdanie i dziewczyny, od których Józio odsuwał się ze źle maskowanym wstrętem i patrzał z przebolesnem uczuciem zawodu.
— To wszystko razem szynk i zamtuz dla zbogaconych parobków i dziewek publicznych! — wybuchnął wkońcu, aż Rożek poczerwieniał ze złości i znowu go powiózł gdzie indziej.
Ale nad ranem, przed wejściem do jakiegoś zakładu, ukrytego w głębi ogrodu, Rożek odezwał się wyzywająco.
— Jeżeli nie zostaniemy i tutaj, to będę musiał pana pożegnać…
— W ostateczności możemy skończyć w Halach u Burat’y.
— Prawda, zupa cebulowa, świeży homar i baranina z rusztu.
Otworzył im portjer w czerwonej liberji, wskazując szerokim gestem schody, wyłożone czerwonem suknem, zalane światłem, przybrane kwiatami a wiodące na pierwsze piętro. Służba, w czerwonych frakach i białych pończochach, wprowadziła ich do wyzłoconej, jak bonbonierka, sali ni-