Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 252 —

— Przyszedł pośpieszny od granicy! — myślał, widząc te codzienne tłumy, skłębione na peronie, są wszyscy z miasta, prawie słyszał, że mówią tylko o nim! Zawiadowca spaceruje uroczysty i od czasu do czasu mówi do kogoś, jak zawsze, gdy się coś stało:
— „A co, nie mówiłem! Byłem tego pewny!”
Żandarmi, niby dwa szare słupy, stoją na krańcach peronu.
Andrzej sterczy pod dzwonkiem z ręką na sznurze i z oczami wlepionemi w zawiadowcę; Żydzi z wrzaskiem tłoczą się do wagonów; panna Marychna w czerwonych jersey’ach wdzięczy się z za bufetu; Raciborski węszy rubla między znajomymi, a może nawet spaceruje z panią Zofją. Wszystko jest jak dawniej, jak zwykle i jak zawsze. Tylko Soczek, pijąc z grubym dozorcą, będzie teraz gadał:
— Psia twarz, ktoby się był spodziewał! Porządny chłopak, moja Zosia bardzo go lubiła! Panno Marychno, tego samego na drugą nóżkę!
Parsknął naraz wesołym, dźwięcznym śmiechem.
Policjant przeszedł raz i drugi, aż wreszcie przystanął i rzekł:
— Przeziębi się pan, niezdrowo na taki czas nad wodą!
Józio zajrzał mu w oczy i szepnął ze śmiechem: