Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rozpiął cztery środkowe guziki munduru, wsparł się rękami o poręcz krzesła, piersi wypiął i potężnym basem huczał „Hagar na pustyni“. Po nim Rudy Dzięcioł wypowiedział humorystyczny monolog Junoszy, przyjęty rzęsistem brawem, śmiechem i bisami.
A po tak obfitej duchowej strawie pulchna pani zapraszała na skromną przekąskę. Nastrój stał się podniosły, wódeczka krążyła kolejką, śledziki a kawiorek zniknęły jak marzenie; dziekan się przeżegnał i wszyscy zasiedli, bo już zapachniała potrawa z kur z ryżem, po niej nadciągnęła poważna polędwica z garniturem — i uroczysta cisza, pełna tylko mlaskań, szczęku noży i głębokich, sytych westchnień.
Młodzież sączyła piwko, a dla godniejszych znalazła się jedna i druga omszała butelczyna węgierskiego, które z wielkiem namaszczeniem rozlewał sam gospodarz. Naturalnie, było i wyrzucenie dzieci za drzwi, gdyż zbyt natarczywie darły się do lodów; była i heca z pieskami, bo w chwili wznoszenia zdrowia gospodyni, wszyscy naraz zaczęli chrząkać i gwałtownie wycierać nosy; był i wierszowany toast Rudego, trefne dowcipy grubego dozorcy i świątobliwe, zatęchłe anegdoty dziekana.
A po kolacji, kiedy podnoszono się od stołu, gramofon tak namiętnie zasyczał Marsyljankę, aż pulchna pani zawrzeszczała na męża: