Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dostał klapsa, pocałunek i znalazł się za drzwiami, bo ktoś schodził po schodach.
Noc już była na świecie, przymrozek wysrebrzył ziemię, księżyc płynął po wysokiem, czystem niebie, pociąg sapał na stacji, a na przejeździe biły sygnałowe dzwonki.
Józio przystawał co chwila, bo jakaś olśniewająca myśl rozrastała się w nim gwałtownie i uporczywie, myśl straszna i zarazem tak nęcąca, że się już przed nią nie wzdrygał, nie usiłował jej stłumić; uśmiechał się tylko do niej, jak do wybawienia…
— Tak, jutro poniedziałek, będą wykupywali węglowe frachty… duże wpływy… duże… ekspedytor chory… muszę go zastąpić na towarowej… — snuł lękliwie, wchodząc do zawiadowcy. Utonął prawie niepostrzeżenie w jakimś kącie, bo zebranie było liczne, gwarne i bardzo rozbawione. Panny i podloty fruwały po mieszkaniu, jak motyle, młodzież podpierała ściany, starsi radzili na środku salonu, damy obsiadły fotele i kanapy, jak wrony, iskając się nawzajem z codziennych utrapień, ale pulchna gospodyni dała znak, dzieci wyrzucono i zrobiła się cisza.
Jasna, blada panienka zaczęła się mocować z fortepianem i z brawurą mordowała Chopina. Potem młoda mężatka o zadartym nosku, szerokich ustach i biodrach, zaśpiewała tęskliwie: „Koteczku, chłopczyku, nie mrugaj oczkami!“ Następnie jakiś student upozował się bohatersko na środku pokoju,